APPA (1)

5
1390

Czy jeżeli ludożerca je nożem i widelcem – to postęp?

Stanisław Jerzy Lec

Kiedyś siedziałem przed telewizorem i w przerwach między machnięcami łyżką spoglądałem na ekran. Nagle wyrwało mi się: “A pie…”. W tym momencie linię wzroku, która łączyła moje patrzałki z odbiornikiem przerwał mały człowieczek, zwany pieszczotliwie “Kopernikiem” lub “Bambuczą”. Zatrzymał się i zaczął świdrować moją przestraszoną, ociekającą zupą ogórkową twarz. “Czy tatko mówi brzydkie wyrazy” – mały człowieczek zdawał się pytać. Odłożyłem więc łyżkę i starając się utrzymać “poker face” wykrztusiłem:” Aaa… p!” Człowieczek jest wyrośnięty na tyle, że nie da się go zbyć byle czym. Ani drgnie. No to tatko, spłoszony niczym licealista podczas wizyty u koleżanki, gdy usłyszy brzęk kluczy za drzwiami, zaczął nucić na melodię z “Gwiezdnych wojen”: “Aaa pa… a a a… appa… a a a appa… a a a aaa…” Bez rezultatu. Młodociany fan Mistrza Yody nie dał się nabrać i dalej stał niczym posąg, a wyglądało to jakby nasze role się odwróciły. Nie miałem innego wyjścia, musiałem tą chwilę swej słabości naprawić. Nie będzie mi gówniarz cenzorem! “You don’t know the power of the Dark Side” – rzekłem marszcząc surowo brwi, co spowodowało uśmiech na jego buźce, a mnie dało upragniony spokój, bo łobuz pobiegł dalej demolować co się da…

Nie trwało to długo. Słowa, których nie zdążyłem wypluć, gdyż  nagłe pojawienie się młokosa włączyło hamulec, nie chciały opuścić głowy. Moja reakcja była reakcją obronną, wynikającą z bezsilności – tak sobie tłumaczę to niewypowiedziane przekleństwo. To było Antystresowe Przekleństwo. Potem skojarzyłem to z absurdem sytuacji, którą oglądałem. To z kolei, niejako naturalnie, powiodło mnie do słowa “postęp”. Antystresowe Przekleństwo stało się Absurdalnym Postępem. A to połączyło mi się w głowie z melodią nuconą dla odpędzenia gówniarza – Appa! Tak powstał/powstała, APPA, czyli Absurdalny Postęp Postępowego Absurdu. Taaak, pomyślałem. Pasuje to idealnie do treści obrazów oglądanych podczas delektowania się smakiem zupy… I wtedy zrodziła się kolejna myśl: opisz to.

Najkrócej rzecz ujmując postęp to “proces ukierunkowanych przemian prowadzących ku stanowi coraz doskonalszemu i/lub osiągnięcie kolejnego, wyższego etapu”. Jednak nie ma takiej rzeczy na świecie, której by nie można było spieprzyć, więc w imię postępu popełniono już niejedną zbrodnie. Szeroko rozumiany postęp zbyt często przepoczwarza się w antypostęp, gdyż głównymi jego ofiarami są zdrowy rozsądek i samodzielne myślenie. Zawdzięczamy to lewackiemu terrorowi politycznej poprawności. Dlatego zdecydowałem, że co jakiś czas będę Was raczył wpisami dotyczącymi “postępu” – tej gangreny, która zabija resztki zdrowego rozsądku i doprowadza to sytuacji opisanych poniżej. Historyjki, cytaty, przepisy prawa, zdarzenia i zachowania zmiennie-naprzemiennie będą stanowiły kanwę moich wpisów. Prywatna wojenka wytoczona opiniotwórczemu salonowi. Poniżej bitwa numer jeden. Dla jasności, bo tytuł może wprowadzać zamęt i powodować niezdrowe skojarzenia: to nie jest reklama podpasek czy tamponów. Nie jest to też (dla tych, którym wszystko kojarzy się z jednym) opowieść o inicjacji seksualnej. Chcę Wam opowiedzieć prostą historię, która jest kapitalnym wstępem do mojego cyklu “APPA”. Zapraszam.

“Majtki we krwi”

majtki-dziewczece-snoopyDziewczynka, lat siedem. Szkoła, przerwa, plac zabaw. Nic nadzwyczajnego – biegająca dzieciarnia. Widok trudny do ogarnięcia pojedyńczym wzrokiem. Pod zadaszoną wiatą stoi pani nauczycielka numer jeden. Sama. Jedna. Jej oczy zdradzają niemoc. Łut szczęścia. W jeziorze umundurowanej dziatwy szkolnej udaje się jej wyłowić szczegół, który w kilka godzin później sprawi, że dziewczynka do końca życia będzie niemiło wspominać ten dzień, tę przerwę, to zdarzenie. Wypadek. Znów: nic nadzwyczajnego. Zadrapania i siniaki to esencja dzieciństwa. Niektóre jednak zostawiają blizny. I to wcale nie na ciele. Dziewczynka przebiega po wąskiej, specjalnie do tego przeznaczonej, wysokiej ławeczce. Wzdłuż. Poślizg, nogi się rozjeżdżają i mała uderza kroczem o kanciatą belkę. Ból, płacz, łzy. Kolejny raz: nic nadzwyczajnego. Ile razy ze śmiechem na ustach wspominamy podobne wypadki, które poniekąd były kwintesencją naszych szczenięcych dni? Do dziewczynki podbiega nauczycielka. Standardowe pytania. Parę minut i po krzyku – łzy osuszone, uśmiech z powrotem gości na twarzy małej…

Potem czas płynie normalnie, czyli nieznośnie szybko. Powrót do klasy, lekcja. Jednak ból nie pozwala dziewczynce usiedzieć spokojnie. Pani nauczycielka czujna (numer dwa) pyta: “Wszystko w porządku?” Z grymasem bólu na twarzy dziewczynka odpowiada, że tak. Po chwili podnosi łapkę do góry i prosi o możliwość wyjścia do toalety. Belferka zezwala. Dziewczynka podąża w stronę drzwi. Wraca zapłakana. Drugi płacz tego samego dnia. Pada pytanie: “Co się stało?” Dziewczynka coś szepce i po chwili opuszcza klasę ponownie. Tym razem w towarzystwie nauczycielki. Kierunek: toaleta. Okazuje się, że mała krwawi. Na jej majteczkach znajduje się spora plama krwii…

W tym miejscu pojawia się APPA. Nauczycielka działa postępowo. Nie zadaje pytań, bo zdaje się znać wszystkie odpowiedzi. Bierze małą za rękę i prowadzi do gabinetu dyrektorki. Panie wymieniają parę zdań i spojrzeń. Są we dwie, więc każda łapie za słuchawkę i wybiera inny numer. Dyrektorka dzwoni na policję, a nauczycielka czujna numer dwa do mamusi. Przyjeżdża policja. Zaraz potem w gabinecie pojawia się wystraszona rodzicielka. Pani dyrektor z grobową miną przedstawia zdarzenie i stawia diagnozę: dziewczynka jest wykorzystywana seksualnie! Ludzie różnie reaguja w takich sytaucjach. Matka wybiera cichy zestaw zachowań: oniemienie. Po chwili stawia żądanie: “Chcę zobaczyć córkę!” Policjantka kategorycznie odmawia i informuje mamusię, że dyrektorka zorganizowała już wycieczkę do pobliskiego szpitala. W ciągu następnych piętnastu minut wszyscy, tj. mama z dziewczynką, dyrektorka z nauczycielką czujną numer dwa i parą policjantów, meldują się w gabinecie pana doktora. Warto dodać, że dziewczynce nie zezwolono na podróż z mamusią. Pojechała radiowozem.

Akcja w szpitalu trwa mniej niż pół godziny. Lekarz bada małą i wyjaśnia ciału pedagogicznemu i reprezentacji policji, że o żadnym wykorzystywaniu seksualnym mowy być nie może. Dziewczynka przecięła sobie “kokoszkę” podczas niefortunnego upadku na placu zabaw. Ale goście pana doktora o tym zdarzeniu nie wiedzą. Nikt nawet nie próbował dociec powodu krwawienia małej! Głupia pinda zobaczyła krew na majtkach i skojarzyła prawodłowo-postępowo: biedne dziecko jest wykorzystywane seksualnie (sic!). Żadnych dodatkowych pytań – wszystko jasne. Dopiero teraz, gdy postępowe oskarżenie legło w gruzach, towarzystwo zwraca się do dziewczynki z prośbą o wyjaśnienia. Ta mówi: plac zabaw, ławeczka, poślizg. Jeden telefon do szkoły, krótka rozmowa z panią nauczycielką numer jeden i niepostępowa wersja małej zostaje potwierdzona.

W międzyczasie do wycieczki dołącza tatuś. W odróżnieniu od mamusi wybiera głośny zestaw zachowań: krzyk i ślinotok. Grozi wszystkim dookoła procesem o… rasizm. Dziewczynka i jej rodzice są murzynami. Pinda dyrektorka, pinda nauczycielka ze wsparciem policji przekonują tatusia i mamusię, że to nie jest gra w kolory. I tu im akurat wierzę. Politycznie poprawny postęp jest ślepy – kolor skóry nie ma tu najmniejszego znaczenia. Mija parę chwil. Tatuś łapie oddech i wykazuje się większym rozsądkiem niż cała banda postępowych “śledczych”: odpuszcza.  “Kij wam w limo” – zdaje się myśleć. Sprawa rozeszła się po kościach. Dziewczynka odrobiła lekcję: “A z ‘postępem’ łamać uczmy sie za młodu”.

Co tu więcej napisać… Można tylko zawołać: “Appa!” Jest to bowiem typowy przykład Absurdalnego Postępu Postępowego Absurdu. Jako ojciec chcę jednak dodać parę słów o tacie-murzynie. Facet jest szczęciarzem: mógł skończyć w pierdlu jak jego zaoceanowy odpowiednik, który zawiózł krwawiącą córkę do szpitala, skąd odjechał do aresztu, bo lekarz orzekł postępowo, mimo braku jednoznacznych dowodów, że dziewczynka była wykorzystywana seksualnie a tatuś to pedofil-kazirodca. Oskarżony i skazany gnije w więzieniu do dziś. Tata-murzyn jest też frajerem. “Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie” – więc jak dostał w łeb obuchem polit-popu, to powinien “odpłacić pięknym za nadobne”. Powinien pójść drogą, którą szedł w gabinecie pana doktora, drogą walki z “rasizmem”. Tak jak zrobił to jego kolega murzyn, który został zwolniony z pracy, bo spał zamiast pracować a który był na tyle cwany,  by oskarżyć firmę o rasizm. Wytoczył proces, a sąd orzekł (mimo niepodważalnych dowodów – nagranie plus zeznania współpracowników), że pracodawca jest rasistą a biedny murzyn ofiarą i nakazał wypłacenie całkiem pokaźnego słodko-gorzkiego odszkodowania! Kolejny raz: “Appa”! Tyle na początek.

W Polsce jeszcze nie jest tak źle. Polska tradycyjnie jest w tyle, ale rodzimy salon i okołosalonowi postępowi “pożyteczni idioci” gonią światową czołówkę, by i nad Wisłą było można wołać: “Appa!” I tak na przykład (nieformalnie i nie wszędzie jeszcze) o przyjęciu dziecka do przedszkola  decyduje umiejętność robienia siusiu i kupki na nocniczek. Powód? Ciało pedagogiczne nie może dotykać ciałek dzieciarni (sic!) Bezdotykowe przedszkole!? “Lodzio-miodzio”, panie i panowie! Mój “Kopernik” nie potrafi jeszcze czytać więc bez strachu i wstydu napiszę, dla porządku, to, co skubaniec mi przerwał: “A pierdolcie się, postępowi kretyni!!!” No to do następnego przeczytania…

5 KOMENTARZE

  1. Wreszcie udało mi się zalogować…. Ufff!
    Mała mogła też wymordować połowę szkoły i spalić miasteczko. Pamiętasz “Carrie” :):):)

  2. Nie przepadam za horrorami, Dixi! Nie jestem nawet pewien, czy dobrze kojarzę tytuł. W każdym razie tzw. ciału pedagogicznemu opisywanej szkoły (i policji takoż) przydałby się niezły wycisk!

    P.S. Fajnie, że jesteś!

  3. “Carrie” to wczesna powieść Kinga (bardzo dobrego pisarza, choć zaszufladkowanego) i bardo przyzwoity film De Palmy (bardziej, niż przyzwoitego reżysera). Nie jestem jakimś fanem horrorów, ale to klasyka. Stephena Kinga bardzo cenię i wszystkim polecam jego książkę “Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika”. W USA, czy nawet Anglii (Gaiman) pisarze musieli naprawdę powalczyć na rynku, więc następowała selekcja. Ci autorzy horrorów i SF czy fantasy piszą na ogół lepiej, niz nasi Wielcy Literaci.

  4. Książki horrory to tak. W podstawówce miałem kumpla, który mnie zaraził i przez jakiś czas poczytywałem. Z Kinga pamiętam “Mgłę”. Czytałem też Mastertona. Co o nim myślisz?

    A tą książkę “Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” to muszę koniecznie przeczytać. ale po polsku, więc siłą rzeczy muszę sobie dać czas!

    P.S. Fajnie, że do mnie zaglądasz. Jak widzisz na razie jest dość nudno…

  5. Masterton daje się czytać. King bardzo się rozwinął, choć czasem “konsumuje” kilka razy te same pomysły. Bardziej podoba mi się jego dojrzalsze pisarstwo (“Historia Lisey”, “Worek kości”, “Łowca snów”, “Dolores Claiborne”….), a także wysoko cenię zbiór czterech “niezaszufladkowanych” opowiadań, który po polsku wyszedł zdaje sie jako ” Cztery pory roku”. Istnieje kilka (w gronie niezliczonych) doskonałych adaptacji filmowych w tym stare dobre “Lśnienie”, ale też “Skazani na Shawshank” i “Zielona mila”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here